Kitki już nie ma.
Mimo regularnej opieki weterynaryjnej i leczenia, mimo moich wysiłków i zaklinania losu, nie udało się zatrzymać podstępnej choroby i nieuchronnego… Kitka powoli, lecz nieubłaganie słabła, nowotwór bezlitośnie rozrastał się na jej szyi i w głębi klatki piersiowej, obejmując przełyk, tchawicę i płuca. W Wielki Piątek przestała jeść. Jeszcze rano liznęła trochę mleka, ale dosłownie liznęła, a wieczorem już nawet to nie… Podchodziła do surowego mięska, którym nigdy nie gardziła, ale nie jadła. Kiedy przed wieczorem zaprowadziłam ją do szklarni, nie wskoczyła już na rury. Nawet nie poszła w głąb ganku, tylko położyła się kilka kroków od wejścia. Nie miała siły…
Wiedziałam, co to oznacza. Kitka już od kilku dni była jakby tkliwa — dała się brać na ręce, dała się głaskać, nawet delikatnie mruczała, ale widać było po niej pewne zniecierpliwienie czy nawet irytację, wyrażaną drganiami końcówki ogona. Musiała odczuwać już duży dyskomfort, ale w imię naszej przyjaźni starała się być uprzejma. Znikała też zaraz po śniadaniu na resztę dnia, jakby nie chciała rzucać się w oczy, jakby obawiała się natarczywego zainteresowania. Zjawiała się dopiero po południu, na podwieczorek. Leżała wtedy na deskach tarasu w ostatnich promieniach kwietniowego słońca, w towarzystwie dzieci, a jeśli było chłodno, cała trójka wciskała się w rozpadający się już karton po pomidorach, tworząc uroczy, czarno-biały, łaciaty przekładaniec. To zachowanie Kitki zwiastowało nadchodzący koniec. Wolnożyjące, nawet te przydomowe koty, kiedy czują, że zbliża się ich czas odejścia, często znikają z przestrzeni „publicznej”, szukają sobie cichego miejsca, gdzie nikt nie będzie ich niepokoił, kryjówki, gdzie dokonują żywota… Kiedy przestała jeść, wiedziałam, że jej dni są policzone. Bałam się, że kolejnego dnia wyjdzie i nie wróci już do domu, że będzie godzinami konała gdzieś samotnie pod krzakiem. Uświadomiłam sobie, że nadszedł czas na pożegnanie… I rozpłakałam się.
Było mi tak strasznie przykro i źle z tym, że nie mogę dla niej zrobić nic więcej! To było takie niesprawiedliwe, że kiedy w końcu Kitka została wysterylizowana i mogła już tylko po prostu żyć, cieszyć się tym życiem, kiedy nie musiała martwić się o pożywienie i miała gdzie spać, miała bezpieczną przystań — okrutna choroba odebrała jej to wszystko w ciągu kilku miesięcy. Dlaczego?… Nie wiem, ile miała lat, może kilka, ale na pewno nie była stara! Więc dlaczego?!
Kitkę przyprowadził do mnie Ciciek — nasz „nadworny” kocur. Któregoś dnia w połowie maja ubiegłego roku przyszło za nim jakieś czarne futro — na ugiętych łapkach, wystrachane, rozglądające się wokół czujnie złocistymi, wielkimi jak pięć złotych oczami. Kiedy mnie zobaczyło — zamarło wpół kroku, a potem zwiało. Nie było mowy, żeby podeszło po jedzenie, więc rzuciłam surowe, kurze skrzydełko pod nos. Futro obwąchało ostrożnie, nie spuszczając mnie z oczu, uznało, że skrzydełko jest jadalne, więc wzięło w zęby i oddaliło się w bezpieczne miejsce. Po kilku dniach regularnego karmienia, futro skróciło nieco dystans i udało mi się je zidentyfikować jako kotkę. Kitka coraz więcej czasu spędzała gdzieś w pobliżu, obserwując jak wieszam pranie czy siedzę sobie na tarasie. O głaskaniu nie było jednak mowy! Pozwoliła mi na dotyk dopiero, gdy była już w zaawansowanej ciąży. Gdy w końcu mi zaufała, mrucząc odsłaniała brzuszek i z rozkoszą przyjmowała delikatny masaż.
Swoje ostatnie dzieci urodziła 21 lipca, gdzieś u sąsiada po drugiej stronie ulicy. Nie wiem, ile miała kociąt, ale przypuszczam, że więcej niż trzy, które ostatecznie przyprowadziła, gdy miały około dziesięć tygodni. Była cudowną, troskliwą mamą, dbająca o swoje dzieci. I mądrą kotką. Nie przyprowadziła dzieci bezpośrednio do mnie na podwórko, zapewne w obawie przed psem, półrocznym pinczerem. Wprawdzie pies nie był nigdy agresywny ani wobec niej ani wobec innych kotów, ale był młody, ciekawski i szybki jak błyskawica — wedle kota: nieobliczalny. Przyprowadzała więc dzieci do ogrodu sąsiada, za betonowy płot, na działkę obsadzoną gęstą świerczyną, z wysoką trawą i odgrodzoną siatką od pola uprawnego. Zorientowałam się, że tam są, gdy zobaczyłam Kitkę wracającą z polowania z myszą w zębach, przeskakującą przez płot. Dzieliła się z dziećmi także swoimi posiłkami — nie raz nie zjadała swojego skrzydełka, tylko brała je w zęby i zanosiła dzieciom! Do końca życia była z nimi blisko. Gdy odebrałam ją po operacjach z lecznicy, noce spędzała w ciepłej szklarni, dni — jeśli nie było zbyt zimno i mokro — na dworze, z dziećmi, które codziennie na nią czekały i witały matkę, gdy ją wyprowadzałam. To był rozczulający widok — dwoje kocich „nastolatków” biegnących do matki, witających ją miaukiem, ocierających się o nią na wszystkie możliwe sposoby… Kitka przyjmowała te czułości cierpliwie, rozdając okazjonalne „lizy”, czyli kocie całusy, a potem cała trójka szła na śniadanie…
Kitka była częścią mojego życia niecały rok. Była zwykłą, wiejską, podwórkową kotką, mimo to odkąd pojawiła się na mojej drodze, troszczyłam się o nią, o jej bezpieczeństwo, zdrowie, życie, z czasem także o życie jej dzieci… Martwiłam się, gdy nie zjawiła się na któryś posiłek… Martwiłam się o przebieg porodu, czy nie będzie komplikacji i obserwowałam ją, gdy się pokazała już bez „brzucha”… Obserwowałam, jak niszczy ją nowotwór, mimo leczenia i chociaż zrobiłam, co mogłam, musiałam patrzeć, jak powoli odchodzi… Jej śmierć złamała mi serce, ale nie żałuję ani chwili, ani jednej myśli, ani złotówki poświęconej tej czarnej panterze w kocim futrze.
Pożegnałam Kitkę w Wielką Sobotę. Zasnęła spokojnie i cichutko pod moją dłonią. Do końca trzymałam ją za łapkę i szeptałam słowa otuchy. Nie była sama. Wierzę, że jeszcze się kiedyś spotkamy, kiedy nadejdzie mój kres życia. Mam nadzieję, że Kitka będzie na mnie czekać po drugiej stronie i przywita mnie z podniesionym ogonem, jak to robiła za życia.
Danuta Anna Plinta-Wawrzyniak