Kocie opowieści: Komacierzyństwo – cz. I

Kitka przyprowadziła kocięta do ogrodu sąsiada, kiedy miały około półtora miesiąca. Zorientowałam się, że są gdzieś blisko, kiedy zauważyłam, że nie zjada swojego obiadowego skrzydełka, tylko bierze w zęby i wędruje z nim gdzieś za płot. Któregoś dnia zobaczyłam ją niosącą mysz. Poszłam za nią i zajrzałam ponad betonowym ogrodzeniem do sąsiada. Jego ogród obsadzony jest potrójnym szeregiem świerków, które zagęściły się, tworząc całkiem fajny żywopłot. Spomiędzy gałęzi spoglądała na mnie para przestraszonych, zdziwionych oczu, osadzona w czarno-białym, kocim pyszczku. Maleństwo było urocze! Rozbawiło mnie to, w jaki sposób kocię zareagowało na przyniesiony przez matkę posiłek: złapało w malutkie ząbki i czmychnęło w krzaki… Byłam pod wrażeniem, zastanawiałam się tylko, jak sobie poradzi ze zdobyczą.
W ciągu dwóch dni odkryłam, że kociąt jest troje — jedno czarne jak mama i dwójka łaciatych, jak tatuś. I stało się dla mnie jasne, że zanim zawiozę Kitkę na zabieg sterylizacji, muszę zadbać o jej kocięta, nauczyć je, że będą karmione w określonym miejscu i o stałych porach… Zaczęłam więc regularnie przywoływać Kitkę pod płot z dziećmi i przerzucałam im a to surowe kurze skrzydełko, a to wątróbkę albo serduszka czy inne kawałki mięsa. Maluchy szybko je porywały i warcząc na rodzeństwo uciekały w ustronne miejsca, żeby w spokoju skonsumować zdobycz. Już po paru dniach maluchy meldowały się błyskawicznie i wyczekiwały na jedzonko. Cieszyłam się, że nie będą chodziły głodne, gdy mama zniknie na tydzień z ich życia.
Zaczęłam też myśleć, jak ułatwić kociakom tranzyt na moją ziemię… Wiedziałam, że nasz niespełna roczny pinczer nie zrobi im krzywdy, lecz będzie ciekawy i jak to pies — zbyt natarczywy dla takich maluchów. Był to jednak najlepszy moment, żeby je sobie przedstawić, oswoić ze sobą. Kociaki gnieździły się prawdopodobnie w jakiejś dziurze w stercie pustaków, ja miałam drewnianą, ocieploną, wyścieloną słomą budkę po Cićku, w której z pewnością kociakom byłoby wygodniej, cieplej… Oczywiście miałam na uwadze także swoją wygodę — łatwiej karmić kociaki u siebie, wprowadzić do diety puszki odpowiednie do wieku, nie tylko samo mięsko. Zrobiłam więc kociakom rampę z grubej dechy, zapartej o przęsło płotu, drugą dechę oparłam o płot i stertę palet, na których ustawiłam budkę dla kotów. Ustawienie jej na paletach było bezpieczne dla kociąt — mogły oswajać się z widokiem psa, będąc poza jego zasięgiem, a on mógł się im także przyglądać, obwąchiwać ślady. Miałam nadzieję, że ciekawość kociaków szybko doprowadzi je na moją posesję i miałam rację! Ale zaczęły przychodzić dopiero, gdy Kitka poszła na sterylkę i siedziała na kwarantannie w szklarni.
Kocięta były nieufne i początkowo dzikie, ale nie uciekały zbyt daleko. Umiejscowienie domku i kociej stołówki na paletach było świetnym pomysłem — kotki miały plac zabaw pełen kryjówek, wielopoziomowy i zarazem bezpieczny dla nich, a gdy się zmęczyły hasaniem, mogły schronić się w wyścielonym słomą domku i odpocząć, grzejąc się wzajemnie w suchym, ciepłym miejscu. Idąc do nich z jedzeniem, z daleka „kiciałam”, a one wypełzały z różnych zakamarków albo z domku. Karmiąc je, gadałam do nich i delikatnie smyrałam palcami po główkach, gdy jadły. Dwojgu z nich to specjalnie nie przeszkadzało, ale trzecie wyraźnie nie życzyło sobie kontaktu… Przeczuwałam już wówczas, że ten „dzik” da mi popalić, gdy przyjdzie czas na odrobaczanie, sterylizację, kastrację i szczepienia… Tymczasem udało mi się zidentyfikować płeć wszystkich trzech pchełek i nadać im imiona: Czarna Mamba, Panna Migotka i Pan Wąsik. Kto zgadnie, które z nich najbardziej dziczyło? Odpowiedź znajdziecie w kolejnych opowieściach!

Danuta Anna Plinta-Wawrzyniak